Strona główna

Sligo

Irlandia 2006

 Mariola w Strand BarzeJeśli życie jest księgą, czytaj ją póki możesz.
Nie zostawiaj stron na potem, bo potem może nigdy nie nastąpić”
Peter Mc Carthy – „Bar McCarthy’ego”

„Taka tu wiosna teraz w Irlandii wrześniowa
Jakby się cała zieleń chciała schować pod liściem chmury (..)
Taki to kraj na chwilę zawisł nad nami
Na kruszynie gałązki …Tak wiemy to wiemy
Że kropla się rozpryśnie. Lecz sobie żyjemy
Od oddechu po oddech … 
Ernest Bryll „Taka tu wiosna”


1. Historia choroby

Przewlekłe choroby są najgorsze. Pojawiają się nagle i nieubłaganie. Leki nie zawsze pomagają, a nawet jeśli, to muszą być podawane ciągle. Czasami to wina naszego marnego organizmu, ale często jakiś niespotykany wirus. Wtedy zaczynają się ciągłe wizyty u lekarza, wymiana poglądów z innymi pacjentami – jakie ziółka i sposoby są najlepsze, aby poprawić swój stan zdrowia.
Kiedy zachorowałam na Irlandię? Dwa lata temu? Szybko stało się jasne, że przebieg choroby będzie ostry i skomplikowany. Czy wystarczyło kilka zdjęć na przypadkowym serwisie turystycznym, po książce Petera McCarthy’ego o poszukiwaniu irlandzkich korzeni? Jakiś niewielki opis i nawet niezbyt przyjazny komentarz – było świetnie, ale ciągle padało…Jednak zdjęcia były z zadziwiającym klimatem – przez chmury i wilgotne mgiełki prześwitywała dal za dalą… Ten melancholijny krajobraz, bez wątpienia, wszystko we mnie odmienił. Kiedy zaczyna się zainteresowanie – osobą, tematem - nieoryginalnie można to nazwać kroplówką sączącą się do krwi. Mój „troskliwy lekarz” – autor „Baru McCarthy’ego” prowadził mnie z rozmysłem do swojej ukochanej wyspy. Nawet nie poczułam, kiedy już nie byłam w stanie się obronić.
Peter McCarthy – pół-Irlandczyk, pół-Anglik - pisarz, aktor, dziennikarz, prowadził programy w BBC, podróżował po całym świecie, nadsyłając z różnych miejsc swoje dowcipne relacje. Peter zastanawia się w książce czy istnieje genetyczna pamięć miejsc, w których się nigdy nie mieszkało, a skąd pochodzili przodkowie, czy też może sam jest sentymentalnym durniem, któremu zdrowy rozsadek zmąciła nostalgia, guinness i romantyczny urok diaspory?
Irlandia - jedyny kraj, który ma instrument muzyczny w swoim godle. U nas w Polsce co jakiś czas jest moda na tę wilgotną i niewątpliwie zieloną wyspę. Muzykę zdaje się też już przerabialiśmy – najpierw tę prawdziwie celtycką, a potem klan Brennanów z Enyą na czele.

Republika Irlandii
Wszystko już było. A teraz jest oczywiście nowy sposób na Irlandię. Szukający lepszej pracy i najczęściej w ogóle jakiegoś zatrudnienia Polacy - nie mieszcząc się w Londynie powoli przenoszą się do sympatycznego kraju Guinnessa. Śpią w parkach i wkrótce spowodują, że pozytywnie do nas nastawieni Irlandczycy będą bali się, że nasz prawie 40 milionowy naród zdominuje ich. Co nie będzie trudne…. Bo przecież my jesteśmy „bardziej”, jak w dowcipie. Znacie? To posłuchajcie.
- Kto to są ci Polacy? – zapytał podobno Churchill.
- To tacy Irlandczycy, tylko bardziej – odpowiedziano mu. 
Być Irlandczykiem oznacza, że prawie wszędzie przyjmują cię z otwartymi ramionami, butelki wina same się otwierają, kobiety topnieją, a ludzie tańczą na stołach … na wyścigi pokazują ci portugalskie wydanie poezji Seamusa Heaneya albo rumuńską, piracką kopię Riverdance. Potem już jesteśmy już najzupełniej pewni, że Irlandczycy to elokwentni, romantyczni, tajemniczy i muzykalni jajcarze, najlepsi na świecie znawcy dobrej zabawy.
Peter McCarthy obdziela nas mnóstwem rad – zabawnych i jednocześnie niewątpliwie przydatnych: Jeśli planujesz podróż po Irlandii, musisz koniecznie wiedzieć jak pytać o drogę. W żadnym wypadku nie wolno palnąć prosto z mostu – przepraszam, jak dojechać do…? Jest to angielska strategia z podtekstem: „Przerywam ci bezceremonialnie, bo potrzebuję informacji, nie przeciągaj więc, tylko mów”. Okropny błąd i niewybaczalne uchybienie w Irlandii. Strategia irlandzka jest całkowicie odmienna i polega na przekształceniu tej prostej komunikacyjnej transakcji w spotkanie towarzyskie porównywalne do nawiązania znajomości na imprezie lub weselnym przyjęciu. Absolutnie konieczne jest otwarcie bez żadnego związku ze sprawą, najlepiej coś w rodzaju: „Ma pani piękny żywopłot, cudowny dzień, prawda?”… potem następuje długa wymiana szczegółów z życia prywatnego, w trakcie której pożądane wskazówki mogą się pojawić lub nie.
Nie ma co przesadzać ze stereotypami – Irlandia to nie jest wyłącznie kraina poetów, muzyków, elfów i krasnoludków. Co prawda, jeżeli chodzi o skąpe z natury krasnoludki, Irlandczycy – obok własnych mieszkań i domów budują dla nich małe, śliczne domki – licząc na to, że skrzaty zamieszkają w nich i zgromadzą swoje skarby. 
W każdym stereotypie jest trochę prawdy - na przykład Jerry ze Sligo, który wypytany przez nas, że na pewno jak każdy Irlandczyk on też gra na jakimś instrumencie, odpowiedział ze zniewalającym uśmiechem, że na niczym nie gra. No to pewnie opowiada historie – nie dajemy za wygraną – każdy z nich to umie, podobno bezbłędnie. Dobre kontakty z bliźnimi mają przecież we krwi. Ale Jerry też zaprzeczył, co prawda za moment uraczył nas barwną opowieścią o historii pubu, w którym siedzieliśmy…

Okładka kultowej ksiązki Pete'a Mc Carthy'ego
Gdy Peter Mc Carthy usiłuje z wyższością i zadufanym uśmieszkiem myśleć o tym, że ma większe prawo do tego kraju niż inni, przyjaciel Irlandczyk przypomina mu: Pamiętaj, że Irlandia jest miejscem, gdzie bardzo łatwo się poczuć jak w domu. Tutejsi ludzie w wyjątkowym stopniu opanowali sztukę nawiązywania kontaktów. Umiejętność ta u innych narodowości jest mniej rozwinięta, a w przypadku Irlandczyków ma tak instynktowny charakter, że nie wygląda nawet na umiejętność.
Najlepsze opisy w „Barze McCarthy’ego” dotyczą oczywiście narodowej dumy Irlandczyków – pubów. Nie ukrywam, że czytałam je z zazdrością: 
Z pubu dochodzi głośna muzyka. W środku - istna jatka. Ogromną salę wypełnia tłum, który dawno stracił już wszystkie hamulce. Z lewej strony przy barze stoi czterech gości całkowicie pochłoniętych piciem. Po prawej kapela z gitarami elektrycznymi gra na cały regulator celtyckiego rocka. Turyści, uśmiechnięci i ruszający do rytmu głowami jak pieski w samochodach, siedzą z tyłu, gdzie prawdopodobieństwo zgniecenia lub stratowania jest mniejsze. W pierwszej linii szaleją miejscowe nastolatki tańcząc w zwartej masie i odbijając się od ścian i od siebie. Może to ostatni dzień egzaminów, a może po prostu czwartek.
Wtem wszystko zastyga w dziwnym bezruchu, jakby cała sala nabierała tchu we wspólną pierś, po czym kapela zaczyna grać hymn państwowy w zawrotnie szybkim tempie. Wokół ludzie tańczą, odbijają się od siebie, obejmują, śpiewają, wrzeszczą, całują i przewracają – wszystko w rytm hymnu państwowego. Jako symbol narodu, który wie, co to znaczy dobra zabawa, trzeba przyznać, że jest bezkonkurencyjny.
Przypominam sobie jakąś malowniczą polską awanturę z powodu nieprawidłowo zaśpiewanego naszego hymnu. Co kraj to obyczaj – nawet nasza kobieta – Polonia, w najśmielszych wyobrażeniach nie jest tak odważna jak ognista kobieta wyobrażająca Irlandię. Może to temperament, a może nasz odwieczny patriotyczny kompleks, że ojczyznę trzeba kochać tylko z poważną miną. 
Wstąpiłem do pubu koło jedenastej na drinka przed zaśnięciem. Lokal przypomina dom wariatów. Wszyscy stoją, z wyjątkiem młodego człowieka, przy stoliku, trochę dalej, który przechodzi postrzyżyny, a hałaśliwe kobiety ustawione w półokręgu wrzaskliwie mu kibicują. Prawdę mówiąc nie ma tu nikogo, kto by nie wrzeszczał, nie wył, lub nie pohukiwał. Na scenie przy akompaniamencie automatu perkusyjnego brzdąka na gitarze mężczyzna w czarnej peruce z sztucznego tworzywa, bakach i okularach á la Roy Orbisom. Na pierwszy rzut oka widać, że „tradycyjna” muzyka w jego wykonaniu porusza serca zgromadzonych. Nawiasem mówiąc stołki trzymają nad głową, żeby moc machać nimi w takt śpiewanego przez cała rozkołysaną salę hitu „Daydream believer”. Na środku podryguje nieszkodliwy wioskowy głupek, który gra na łyżkach i przedrzeźnia tańczących. Nikomu to nie przeszkadza. Wszyscy tańczą, obściskują się w grupkach co najmniej trzyosobowych, doświadczenie uczy bowiem, że większa liczba nóg oznaczą większą stabilność w sytuacji, gdy utrzymanie równowagi staje się problematyczne. Nagle czuję się bezbronny. Z daleka od starannie wyretuszowanego wizerunku serwowanego w tradycyjnych, muzycznych pubach w Westport - tu natknąłem się na brutalną rzeczywistość. Wiem, już co się święci. U Matta Malloya i jemu podobnych, kiedy tylko drzwi zamkną się za ostatnim turystą – skrzypce i bodhran wylądują bezpiecznie w kącie, czekając na następny wieczór spuszcza się żaluzje i odetchnąwszy z ulgą wrzuca „Abbę”. Nareszcie zwolnieni z celtyckiej poprawności Irlandczycy bawią się na całego, ale przedtem dbają o pozytywny, muzyczny wizerunek swojej celtyckiej przeszłości.
Więź z krajobrazami i niespotykana umiejętność przekazania atmosfery – przecież za każdym razem byłam z nim w tych szalonych pubach, wychodziłam razem z nim na nocną ulicę i czułam oddech oceanu … Tak było blisko od żartu do sentymentalnej zadumy.
Droga - codzienna wędrówka – nieoczekiwane miejsca, zakręty pustych dróg, nie pasujące do niczego opisy tras, odległości podawane w kilometrach, milach lub nawet… metrach, bez jednostek – jedynie cyfry. Cudownie… zwłaszcza, że zazwyczaj drogowskaz leży na środku skrzyżowania…
Ale ta zabawa nie jest tylko przypadkiem. Peter naprawdę szuka w sobie świadomości swojego pochodzenia. Chociaż – tak naprawdę – decyzję o swoim irlandzkim rodowodzie podjął już na początku opowieści, gdy wspomina swojego fantastycznego dziadka z okolic Cork. Umiejętnie wciąga nas w coś, co jest nie tylko irlandzkim luzem.
Miałam problem ze skończeniem tej książki, ale nie taki, kiedy pozostawiamy wyróżniony w prasie bestseller na pastwę czasu. Zakładka włożona gdzieś w środek kartek tkwi z wyrzutem demaskując nasze lenistwo. Nie… ja miałam inny problem ze skończeniem tej książki. Chciałam, aby naprawdę nigdy się nie skończyła. Liczyłam kartki do końca, wzdychając i cofałam się o kilka, znów dusząc śmiech, gdy powtarzałam znane mi fragmenty.
Ale wszystko musi mieć swój koniec, nie jestem odkrywcza – „Bar McCarthy’ego” skończyłam czytać w czasie kilku dni pobytu w Helu. Łatwiej mi było w tym ślicznym miasteczku otrzeć łzy.
Gdy wróciłam do domu, przypomniałam sobie, że Peter napisał drugą książkę, więc nie jest tak źle… jakoś ją znajdę przez angielskie przeglądarki. Wpisałam jego nazwisko i trafiłam na stronę Pete McCarthy Home – otworzyłam ją i w pierwszej chwili wiedziałam, że to żarty, że „memorial service, sorry to annouce” to musi być żart. Za chwilę wszystko już było jasne Pete McCarthy zmarł 6 października 2004 roku w Brighton, na raka, o którym dowiedział się parę miesięcy wcześniej – jak zwykle wróg działa szybko i niepostrzeżenie.
Relacje z pożegnalnej mszy – wiersze, fragmenty ewangelii, wspomnienia sióstr, przyjaciół. Wspomnienie przyjaciela, gdy widzieli się w szpitalu, po raz ostatni. Peter uśmiechnął się słabo… ale to był dawny Peter … Kiedy stawał przed kamerą … kiedy witał się z widzami - teraz, już, zaczynamy program.
Nawet dzisiaj nie umiem napisać, co czułam wtedy. Ta nagła i niespodziewana dla mnie śmierć, nieobecność człowieka, który zawładnął moim myśleniem o Irlandii i zapewne miał mi ją koniecznie pokazać, ponieważ bez niego być może wyglądałaby inaczej… Ból zawsze kiedyś ucichnie, smutek pozostanie, ale uśmiech przetrwa … to prawda … 

Światło zgasło! Książka spada na podłogę… Myślę, że należy wyciągnąć z tej lekcji wnioski na przyszłość. Jaki sens ma umiar w zażywaniu życiowych przyjemności, oszczędzanie stron na później, jeśli w każdej chwili ktoś może strącić cię w ciemną otchłań? Jeśli życie jest księgą, czytaj ją póki możesz. Nie zostawiaj stron na potem, bo potem może nigdy nie nastąpić. Nic nie pomoże. Trzeba iść spać.

Nie, Peter, zaczynamy, teraz … Chcę zobaczyć Irlandię, naprawdę sprawdzić, jaka jest - ta myśl, nie dawała mi spokoju – no i oczywiście strach przed tym, że ktoś mi nagle zgasi światło…
Potem wszystko zaczęło się niespodziewanie układać. W październiku ubiegłego roku zaczął latać samolot z Łodzi do Dublina za złotówkę plus opłaty lotniskowe.
Pierwsza myśl była nierealna – kupimy bilety, polecimy do Dublina, weźmiemy kanapki do jedzenia, pozwiedzamy i wrócimy.
Druga myśl była niebezpieczna - Kupimy noclegi w jakimś tanim hotelu pojedziemy do Dublina …. dalej to samo.
Następna myśl była odkrywcza - Nie pojedziemy do Dublina - po co jechać z miasta do miasta, skoro Łódź jest wystarczająco podobna.
I tak moja choroba zaczęła rozwijać się coraz szybciej.
W tak zwanym międzyczasie szukałyśmy z Agnieszką w Internecie różnych tanich hoteli. No i wreszcie uleżał się pomysł - pojedziemy nad Atlantyk. Zobaczymy prawdziwy Ocean. Pomyślałam, że nie musimy spać w jednym miejscu, bo jeśli źle trafimy (szukałyśmy tylko najtańszych hosteli) to zapamiętamy Irlandię z jakichś koszmarnych hotelowych pryszniców i okropnego zarządcę, który będzie wyłączał światło podzwaniając kluczami jak barman w pubie o 23.00 – Panowie, czy nie macie swoich domów? 

Mapa Hrabstwa Sligo Postanowiłyśmy pojechać najpierw do dawnego portowego miasteczka na zachodnim wybrzeżu Atlantyku – do Sligo lub do pobliskiego maleńkiego Strandhill, dokąd jeszcze niedawno można było zaglądać przez internetową kamerę podpatrując przypływy i odpływy na cudownie ogromnej plaży Oceanu. Kraina Connacht, obejmująca hrabstwa Sligo, Mayo, Leitrim, Roscommon i Galway to szczególne miejsce - łatwo można przywiązać się do niezwykłych krajobrazów, do charyzmatycznego Ben Bulbena, do bogatej historii, gdzie jak wszędzie w Irlandii trudno oddzielić mitologię od faktów. To tereny Gaeltachtu – gdzie można jeszcze usłyszeć prawdziwy język celtycki, chociaż mówiących nim jest coraz mniej. Tu Irlandczycy wysyłają dzieci na wakacyjne kursy, aby poznały swój ojczysty, historyczny język.
Hrabstwo Sligo to prawdziwa Kraina Pragnień Serca – tak nazwał ją pochodzący stąd i uwielbiający to miejsce noblista William Butler Yeats. Ta może odrobinę egzaltowana nazwa nie odbiega od prawdy i dumnie figuruje również na wszelkich dokumentach tych okolic.
Potem zorientowałam się, że autobus z Dublina do Sligo, bądź co bądź niewielkiego, ale jednak kurortu, z jedynym w całym świecie festiwalem poezji Yeatsa, może być zupełnie nieosiągalny w piątek – kiedy przylecimy z Polski. W Sligo miały być wtedy konne wyścigi, a Irlandczycy są nieprzytomnie zapalczywymi wielbicielami tego sportu. Okazało się, że najlepiej i najwygodniej będzie polecieć samolotem irlandzkich linii Aer Arran, który ląduje w Strandhill. Co prawda, po pięknym wierszu Yeatsa, o tym jak „Lotnik irlandzki przewiduje swoją śmierć”, trzeba latać z nimi ostrożnie, ale czego nie robi się dla rozrywki… i dla poezji…
Zamówiłyśmy cztery noclegi w Sligo, w hotelu o dumnej nazwie Harbour House, potem następne cztery na Wyspie Inish Mor – w surowym hoteliku Killeany Lodge i na koniec zaplanowałyśmy pobyt w charyzmatycznym Galway. Tak się zaczęło…

2. Na lotnisku w Łodzi - 7 września 2006 roku

Samolot do Dublina odlatuje z Łodzi w czwartki o 21.35. A dzisiaj właśnie jest czwartek. Lecimy z Agnieszką pierwszy raz. Pierwszy raz nie tylko do Irlandii, ale w ogóle pierwszy raz samolotem... Cała rodzina nas żegna. Przedeptują z nogi na nogę, bo do odlotu jeszcze mnóstwo czasu. Ba! Nawet jeszcze nie przyleciał samolot, który nas zabierze. Zawsze to jest loteria: a to mgła, a to jakiś inny problem. To są tanie linie i nie ma co narzekać. My tak ogromnie się cieszymy, że chyba nawet nie boimy się tak bardzo. 
Po odprawie – gdzie jako główny terrorysta zostałam cofnięta jeszcze raz do bramki – bo coś we mnie zdzwoniło. Okazało się, że to była spinka do włosów! W hali odlotów - siadamy, czekamy, rozmawiamy, wyglądamy przez okno – ludzi coraz więcej, niewiele miejsc do siedzenia, łódzkie lotnisko jest malutkie. Wreszcie słychać samolot. Jest! Harfa ze stylizowaną sylwetkę kobiecą na ogonie – nasz szczęśliwy Ryanair – mamy nadzieję…
W ostatniej chwili wchodzi do hali odlotów nie mniej „odlotowy” mężczyzna w koszuli w zielone koniczyny, troszkę chwiejąc się na nogach – zastanawia się gdzie usiąść. Patrzymy na niego w zdumieniu… oczywiście siada obok nas. W ręce ma paszport z irlandzką harfą. Uśmiecha się zadowolony. „To dobry znak, usiadł przy nas, Irlandia nas już lubi” – szepcze mi na ucho Agnieszka.

Herb Irlandii

Potem wszystko dzieje się szybko, wsiadamy do samolotu, startujemy i lecimy nad rozświetloną malutkimi światełkami miast Europą. Wkrótce żegnamy kontynent – wlatujemy nad Anglię – niesamowite połacie dywanów świateł – od razu widać, że to bogate miejsca. Gdy wlatujemy nad Irlandię widzimy tylko pojedyncze światła, wyglądają jak równomiernie rozrzucone groszki… przepięknie.
Z niepokojem czekamy na lądowanie – to nasze pierwsze w życiu przecież… Gdy wysiadamy – gorąco mi z wrażenia, albo w Dublinie jest cieplej…

3. Lotnisko w Dublinie – 8 września 2006 roku

Nie ma gdzie usiąść. Szukamy kawiarenki internetowej, chcemy się pochwalić, że przyleciałyśmy całe i zdrowe. Kilka komputerów znajdujemy na końcu Sali Przylotów, oczywiście okupowanych przez nowoczesnych podróżnych. 
Usiłujemy znaleźć jakieś miejsce do spania, ponieważ samolot do Sligo mamy dopiero rano. Wreszcie znajdujemy jakieś dwa fotele, na nasze nieszczęście, przy telewizorze i przy MEETING POINT – co bardzo mi się podoba, bo przypomina - spotkanie – punkt - jak na osi współrzędnych. Taki sentymentalny pomysł na wiersz. Moje spotkanie już się zaczęło – z celtyckimi mitami, z nieznanym mi krajem, ze wszystkim co mnie tu spotka i za czym pewnie będę jeszcze długo tęsknić. Zawijamy się w kurtki, układamy plecaki i usiłujemy się zdrzemnąć. Ruch na lotnisku mnie jednak wcale nie usypia, a świadomość tego, że naprawdę jestem w Dublinie i jutro zobaczę Atlantyk, nie pozwala mi zmrużyć oczu.
Obok nas biwakują Szkoci w różnoklanowych, kolorowych spódniczkach. Dosłownie leżą na zimnej posadzce. Agnieszka mówi, że to twardy naród, nie przeszkadzają im złe warunki. Z ekranu ogromnego telewizora, podwieszonego obok nas słychać SKY NEWS. Słychać… mało powiedziane – telewizor gra tak głośno, że to jest nie do zniesienia. Co kilka minut powtarzają się wiadomości. Szkoci ze spokojem tego słuchają leżąc z podłożonymi pod głowy rękami. Po hali przylotów przechadza się majestatyczne starszy pan, też Szkot - ma piękną, czerwoną, plisowaną spódnicę, czapeczkę wyszywaną jakimiś błyszczącymi cekinami i piórko. Przy pani z informacji, w mundurku i w wysokich szpilkach często zatrzymuje się policjant – na pogawędkę.
Co chwilę włącza się komunikat ochrony, że jeśli bagaże podróżnych nie zostaną odebrane to mogą zostać zniszczone i tak na zmianę z wiadomościami ze SKY NEWS – te groźby z baggage destroy. Szkoci z niezmąconym spokojem posilają się czymś i jak zahipnotyzowani nadal gapią się w telewizor. Czyżby ta Anglia ich tak zmieniła, że SKY NEWS jest warte tylu wyrzeczeń – na posadzce?
Co jakiś czas przylatują samoloty z całego świata i wtedy niewielki tłumek ludzi przemieszcza się przed nami. Samolot z Wysp Kanaryjskich przywiózł osobników w hawajskich koszulach i w klapkach. Co najmniej trzy godziny czeka na kogoś człowiek z dużym bukietem róż, w końcu obserwuję go już niespokojnie. Czy pomylił samoloty, czy ukochana nie przyleciała, czy może ma bombę w tym bukiecie.
Wreszcie nad ranem przylatuje samolot z Rygi – kobieta z dwójką dzieci – jedno maluteńkie. Zmęczony czekaniem pan z wyraźną ulgą wręcza jej bukiet. Ja też się uspokajam.
Raniutko przenosimy się do Hali Odlotów. Po odprawie czekamy na samolot do Sligo. 
Przed nami ogromna, przeszklona szyba. Właśnie wstało słońce. W oddali majaczą Góry Wicklow, a na płycie lotniska kołują samoloty z zielonymi koniczynami na ogonach. Nie mogę doczekać się lotu nad Irlandią, przecież to będzie podróż przez całą wyspę – a pogoda doskonała. Na razie na lotnisku jest przyjemnie, wyciągam więc przed siebie nogi, opieram się o wygodne oparcie krzesła – przymykam oczy i tylko czasami zerkam na cudowny, różowy świt nad Dublinem. Czuję się jak w teatrze w pierwszym rzędzie – przede mną poranny spektakl w nieznanej mi krainie. Od początku czuję się tu dobrze, może to zasługa książki Petera – tak łatwo przecież poczuć się tutaj jak w domu…
Wsiadamy do małego samolotu z jakąś rozwrzeszczaną grupą Anglików, którzy jadą na golfowy weekend w Sligo – nieźle już od rana uraczeni irlandzkim piwem.
W samolocie jest przyjemnie, nasza stewardessa ma na imię Sara, a pilot Johnson. Tyle zrozumiałam z ich powitania. Język już jest inny, nie taki poprawny jak w informacji i kasach biletowych na lotnisku. Może są Dublińczykami? Podobno Dublińczycy mówią najgorszym żargonem w całej Irlandii. 

4. Strandhill - 8 września 2006 roku

Kołujemy na pas startowy. Z prawej strony ląduje ogromny Ryanair, najpierw jest fioletową chmurą i tak jestem pewna jej prawdziwości, że mam zamiar powiedzieć Agnieszce, że to zły znak może, że widzimy jak samolot zamienił się w chmurę. Potem cały kształt maszyny pojawia się z tej chmury… niesamowite, naprawdę. Wzbijamy się nad ziemię i lecimy obserwując Irlandię - małe poletka, wszechobecne murki na polach, mgiełki nad zielonymi pagórkami, baśniowo – to naprawdę kraina krasnoludków, łatwiej się żyje w takim zielonym, miękkim krajobrazie. Wydaje się jakbyśmy lecieli cały czas nad małymi wioskami, domy – gdzieniegdzie tylko. Lecimy nad hrabstwami Meath, Cavan, Longford, Roscommon i chyba Leitrim, chociaż Leitrim należy już do Irlandii Północnej, a tylko fragment jest w rodzimej. Nagle w oddali widać fantastyczne góry i… błękitno-srebrną wodę. To już Ocean! Pod nami jakieś przedziwne puste tereny o żółtobrązowym kolorze – wyglądają jak ogromny mokry mech. Zaczyna się Kraina Yeatsa. Jeziora i zielone pagórki. Obserwuję ogromne jezioro Lough Gill z wysepką uwiecznioną w wierszu Yeatsa – Innisfree. Przy brzegu widzę statek – za chwilę mniejsze jezioro Colgagh, rozległy szczyt Benbulbena na horyzoncie - majestatycznie piękny. Ta ponadplanowa ilość powtarzających się przymiotników tutaj jest po prostu wentylem dla wzruszenia. Zniżamy lot, samolot wyciąga koła. Pamiętacie film Spielberga o pilocie, który był rysownikiem i dorysował pomarańczowe koła z łatką, bo w samolocie zacięły się i po prostu rozbiliby się przy lądowaniu. Agnieszka żałuje, że nie ma kredek, zawsze byłyby jakimś zabezpieczeniem. 

                        Hrabstwo Sligo

Wiem, że pas startowy tutaj jest blisko wody, ale to, co widzę przechodzi moje wyobrażenie. Samolot naprawdę „moczy tu nóżki”. Koła dotykają pasa startowego… prawie w oceanie. Zatrzymujemy się przy cichutkich budynkach lotniska. Jesteśmy tutaj dzisiaj pierwszą atrakcją – druga będzie dopiero po południu – samolot około 17.00. Staję przed budynkiem. Patrzę na charakterystyczny Benbulben. Widok powoduje autentyczny zawrót głowy, pachnie sosnami, jest wilgotno, pogodnie. Powietrze tutaj jest… jakieś miękkie. Czekamy na bagaże. Wreszcie ktoś z obsługi lotniska je przynosi. Anglicy kiwają się na słabych nogach. W środku małego przedsionka są niebiesko pomalowane, drewniane drzwi, ktoś obsługujący otwiera je z drugiej strony i wyciąga podawane bagaże – po prostu przez pustą dziurę… mógł nas poprosić na zewnątrz! Nasze plecaki lądują pierwsze na podłodze. Po golfistów przyjechał jakiś bus. Odjechali i zrobiło się cicho. Przed lotniskiem krzewiaste drzewa i tabliczki z napisami Sligo Bussines Park, Sligo Airport… 

Knocknarea
Nie możemy uwierzyć, że tu jesteśmy. Słońce aż razi, jesteśmy pewnie nieodporne po nieprzespanej na lotnisku nocy. Mimo to wspominamy z sympatią Dublin. Powietrze jest czyste i czuje się ocean. Mimo zmęczenia, wcale nie chcemy niczym jechać, ale mamy zamiar iść do przystanku autobusowego w małym Strandhill. Zresztą nie ma czym jechać. Ktoś za nami dosłownie zamknął drzwi lotniska. Stoją tylko dwie taksówki, zresztą po co miałoby ich stać więcej… My i tak nie skorzystamy.
Zakładamy plecaki i ruszamy, patrzę na rejestracje samochodów na parkingu przed lotniskiem – mają zawsze celtycką – pisaną całym słowem – nazwę miasta – Sligeah, Gailimh, Donegal. Idziemy – według mapy – wiemy doskonale gdzie iść – godziny spędzone nad przewodnikami opłaciły się. Strandhill znamy też z internetowej kamery, gdzie webmaster Graham prowadzi dokładne zapisy przypływów i odpływów, ale ostatnio coś się mu zachorowało i kamera nie działa, a szkoda – mogłybyśmy pomachać do znajomych z plaży.
Z lewej strony mijamy jakieś przedsiębiorstwo o tajemniczej nazwie Centrum Przedsiębiorczości i Technologii – jakby wymarłe. Może dlatego, że dzisiaj piątek, albo godzina jest zbyt wczesna. Szczyt Knocknarea jest rozległy, z daleka widać wysoki na 11 metrów kopiec z kamieni. Jego średnica wynosi 55 metrów. To grobowiec królowej Maeve. Legendarna królowa Prowincji Connacht żyła prawdopodobnie w I wieku. Wojownicza Królowa jest bohaterką jednej z najbardziej znanych legend, w których Cuchulainn broni Ulsteru przed atakami wojsk Maeve. Królowa jest przedstawiana jako bogini niepodległości, wojny i seksu. Miejsce jej pochówku jest naprawdę charyzmatyczne - ze szczytu Knocknarea widać całą Zatokę Sligo i cudowne plaże Strandhill.

Grobowiec Królowej Maeve
Plecaki ciężkie, ale sosny, cudownie pachnące, dodają nam sił. W maleńkim Strandhill nie ma żywej duszy. Domeczki nieduże, zadbane, najczęściej parterowe. Skręcamy do przystanku autobusowego w pobliżu plaży. Właśnie tu, na skrzyżowaniu dróg Airport Road, Burma Road i Buenos Ayres Drive (dość ciekawie międzynarodowe te nazwy) znajduje się miejsce szczególne – to ruiny kościoła Św. Patryka, który podobno będąc tutaj potknął się i wybił sobie ząb. Jak na świętego przystało łaskawie ten ząb zostawił ówczesnemu biskupowi Bronusowi, który umieścił go w kościele jako znak przyjaźni. Nie ma żadnych przekazów jak wyglądał pierwszy kościół ufundowany na tym miejscu przez biskupa Bronusa. Następny kościół został zbudowany w latach 1150-1220, był niewielki – 15 x 5 metrów, ale ściany miał grube prawie na metr. Miał dach dwuspadowy. Wieżę dodano w XV wieku. Miała trzy piętra. Była używana jako dom mieszkalny – miała pokój dzienny i sypialnię na najwyższym piętrze. 

Pozostałości Kościoła Świętego Patryka
Nie pytacie, co się stało z zębem świętego Patryka? Został zamknięty w pięknym relikwiarzu wykonanym dla Thomasa de Birminghama i można go oglądać w Muzeum Narodowym w Dublinie.
Tu w pobliżu kościoła znajdowało się najstarsze centrum Strandhill, bliżej oceanu było niebezpiecznie z powodu przesuwających się wydm i erozji.
Za moment jesteśmy na cichej, pustej uliczce ze schludnymi domkami, ogródkami, kwiatkami - niskie murki, najczęściej bez bram – prawdziwie otwarte dla gości drzwi, na tabliczkach - tylko nazwa domu – bez numeru. 

Strandhill
Na horyzoncie niebiesko-granatowy ocean. Widok nas zaskakuje, idziemy coraz wolniej, może nie tylko z powodu plecaków i słonecznego poranka, ale i z powodu niesamowitego widoku. Wieje wiatr, po lewej stronie mijamy Lodge Strandhill Hotel - można byłoby sobie tutaj wypoczywać, czytać książki i czasami skoczyć do pubu naprzeciwko. Właśnie w Strandhill, nad samym Oceanem Atlantyckim, jest Strand Bar, jeden z najsłynniejszych pubów zachodniego wybrzeża, w którym serwują najlepszego Guinnessa, ale to pewnie tylko reklama – jak odróżnić gdzie jest najlepszy Guinness? Podobno nie może być on przewożony daleko, a więc najlepszy powinien być w pierwszym barze przy browarze w Dublinie... Strand Bar jest znany wśród muzyków, odbywają się tutaj regularne sesje muzyczne – zwłaszcza w lecie – co wieczór można usłyszeć tradycyjną irlandzką muzykę w wykonaniu najlepszych. W październiku odbywa się tutaj festiwal gitarowy, bardzo elitarny i na poziomie światowym. Drugie przykazanie weterana podróży po Irlandii mówi: im więcej kolorów podstawowych i symboli celtyckich na zewnątrz pubu, tym bardziej lipne wnętrze. Ku mojemu zadowoleniu, Strand Bar jest pomalowany dość skromnie. 
Siadamy na ławce na promenadzie. Przed nami prawdziwy Ocean, milczymy z wrażenia, a może z głodu – dopiero za chwilę wyciągamy kanapki i batoniki. Ocean jest w odpływie, plaża mokra i szeroka, dużo wodorostów. Schodzę na dół po kamieniach. 
Usiłuję uwiecznić na zdjęciach Benbulben - niestety nie będzie go widać, tak jak chciałabym. Jak nie wierzyć Wimowi Wendersowi? Nie da się zachować na fotografiach, na filmach tego co widzimy – nie wierzmy, że przyszłe pokolenia będą miały z tego jakiś pożytek – historyczny na pewno, ale tylko tyle. Będą na nas patrzeć jak my teraz na ślubne zdjęcia pradziadków w sepii. Cudownie nieprawdziwe, niewiele rozumiemy – atmosfera wydaje nam się jak w jakimś zamorskim cesarstwie. Prababcia – jak księżniczka w ręcznie szytej sukni i ślicznych robionych na miarę bucikach i pradziadek jak książę w eleganckim, czarnym garniturze. A to? To my – na plaży nad Bałtykiem, w niemodnych kostiumach… To my w Irlandii jako dzielni podróżnicy – co najmniej jak prababcia na równiku… Kiedyś będą nas oglądać przyszłe pokolenia, ale nie poczują już niczego z szumu oceanu, z zapachu sosnowego powietrza. Jak to jest, że tak niewiele można przekazać?

Plaża w Strandhill Jest pusto, plaża cudowna, drobniutki, mokry żółty piach. To tutaj są podobno najlepsze na świecie fale do surfowania, tak zachwalają Irlandczycy. Wracam na promenadę.
Kruki latają przy naszych dłoniach. Zostawiam - jednemu szczególnie ciekawskiemu - wafelka. Może spełni moje marzenia? 
Dostrzegam kamerę na dachu pobliskiego domu – nie do wiary – widzę ją – jestem naprawdę tutaj – do tej pory widziałam tylko często kropelki deszczu na jej obiektywie – w Internecie. No proszę - niewielka kamera – na szczycie Strand Baru – zaniedbane wejście boczne z kołatką na drzwiach. Siedzimy patrząc na wszystko z niedowierzaniem. Przechodzi pan – tutejszy – czerwone rumieńce na radosnej buzi – jak większość Irlandczyków. Idzie na spacerek z dwoma pieskami – wita się z nami prawie wylewnie – tutaj to normalne. Miłe przywitanie w hrabstwie Sligo.
Idziemy – dość niechętnie i bardzo wolno, oglądając się ciągle za siebie – na przystanek autobusowy. Szkoda nam zostawić przepiękną plażę i błękitny ocean, ale trzeba przecież wreszcie dotrzeć do Sligo… W końcu dlatego leciałyśmy samolotem, aby być szybciej, a nie telepać się przez całą Irlandię autobusem z Dublina.
Ale tutaj już czujemy, że czas zaczyna płynąć wolniej, że zaczynamy się więcej uśmiechać, przestajemy się spieszyć… Wierzcie mi, że dla Polaka to zupełnie nowe przeżycie…

5. Sligo - Kraina pragnień serca - 8 września 2006

Jedziemy autobusem ze Strandhill do Sligo - to tylko 8 kilometrów. Bilety kupujemy u przemiłego kierowcy. Autobus prawie pusty. Tylko dwie irlandzkie gospodynie od czasu do czasu komentują coś, albo kogoś za oknem i odpowiadają sobie dość twardym akcentem – yes, yes. To doskonale rozumiem, ale o czym rozmawiają między sobą nie bardzo, przecież nie wypada podsłuchiwać. Droga piękna, wokół Sligo Bay – małe wioski – raczej osiedla. Przyjeżdżamy na dworzec autobusowy w Sligo. Od razu widać, że Sligo jest w budowie, czasami odnoszę wrażenie, że cała Europa jest w budowie – Katedra w Notre Dame była w remoncie, gdy ją mieliśmy zwiedzać. Potem Wiedeń, kilka lat później - też katedra – miała elewację w remoncie.

Osiemnastotysięczne Sligo jest stolicą hrabstwa Sligo i największym miastem w północno-zachodnim rejonie Irlandii, a jego celtycka nazwa oznacza miejsce bogate w muszle. Podobno, do dzisiaj, pod fundamentami domów znajduje się niewiarygodne ilości muszli, których najwięcej było w ujściu rzeki Sligeah do Zatoki. Teraz rzeka nazywa się Garavogue, ma 4 km długości i łączy wody jeziora Lough Gill z zatoką Sligo. Na jeziorze Lough Gill znajduje się słynna wysepka Innisfree – opiewana w poezji Yeatsa. Garavogue jest jedną z najczystszych rzek w Irlandii, mimo, że woda w niej jest dość niepokojącego, brunatnego koloru. 

            Herb Hrabstwa Sligo                                      Herb miasta Sligo

Miasteczko jest małe – chociaż jeździ tu dużo samochodów, bo Irlandczycy jeżdżą tylko samochodami – autobusami głównie turyści.
Historia, a raczej prehistoria Sligo jest wyjątkowo bogata. Działalność człowieka datuje się tu od 6000 p.n.e. W najbliższej okolicy miasta znajduje się najstarszy i największy w Europie megalityczny cmentarz – Carrowmore (40 grobów i dolmenów) i Carrowkeel - cmentarzysko neolitycznych grobów korytarzowych – to 14 grobowców, jeden z nich ma komorę grobową oświetlaną przez słońce w dniu przesilenia letniego 22 czerwca – w przeciwieństwie do słynnego grobowca w New Grange gdzie komora grobowa jest oświetlana tylko w dniu przesilenia zimowego. 

Dolmen narysowany przez Wakemana

Sligo założyli Anglo-Normanowie w XIII wieku. Zamek został zbudowany w 1245, a Zakon Dominikanów powstał w 1252 roku. Zamek został zniszczony w 1315 roku. Rządziły tu rodziny O’Connorów – w XIV wieku, później O’Neillów i O’Donnelów.

Wokół miasta rozciągają się przepiękne krajobrazowo i bogate w malownicze doliny i fantastyczne wodospady - Góry Ox Mountain i Dartry Mountain – z Benbulbenem.

Kiedyś był tu jeden z największych portów w Irlandii a miasteczko było ważnym miejscem strategicznym i handlowym. Pozostały kamienne budowle z tego czasu – teraz są zajęte przez banki i państwowe instytucje.

Dzisiaj Sligo to prawdziwa oaza artystów, którzy chętnie przenoszą się w te okolice z hałaśliwego Dublina. Owocuje to niewiarygodną ilością wystaw i koncertów muzycznych, najczęściej muzyki tradycyjnej. Na każdym kroku - galerie, teatry, kino, muzea … Jeśli artyści to i ochrona ich prac… A to właśnie tutaj, w okolicach Benbulbena, odbyła się pierwsza wojna, którą bez przesady można nazwać wojną o prawa autorskie.
Święty Kolumba z Ulsteru, duchowny i uczony, o nienagannej reputacji, był również założycielem klasztorów w Derry i Durrow. Ten mnich, zwany Gołębiem Kościoła (Colum-cille) wypożyczył około 560 roku od świętego Finniana (spora liczba świętych uzmysławia, że widać w tych czasach świętym jednak zostawało się łatwiej) rękopis Ewangelii i bez zgody właściciela go skopiował. Finnian – rezolutnie domagał się zwrotu rękopisu i jego kopii. Konflikt miał rozsądzić Diarmaid z Tary. Arcykról zdecydował „niech do każdej krowy należy jej cielę, a do każdej książki – jej córka-książka”. Święty Kolumba oburzony na wyrok, który nie przyznawał mu racji, zebrał ludzi i rozpoczął wojnę wkraczając do krainy Meath. Nawet Świętemu nie został darowany ten niepotrzebny rozlew krwi i Kolumba musiał opuścić ojczysty kraj. Legenda mówi, że Święty opuścił Irlandię, płynąc od wyspy do wyspy na północ. Na każdej wyspie sprawdzał czy widać jeszcze ojczyznę. Dopiero na Ionie nie dostrzegł brzegów ojczystej wyspy i tam też osiadł zakładając sławny na cały świat klasztor.


Ulice w Sligo - z nowymi kamiennymi chodnikami, jezdnie, przejścia dla pieszych – kukające przejścia dla pieszych. Chyba gdzieś u nas w Polsce też to już słyszałam, ale w takim nagromadzeniu jak tutaj - nigdzie. Gdy zaczynają kukać wszystkie na pobliskich ulicach, na dodatek nie ma tu dużego ruchu i dokładnie wszystko słychać, kukają jak w chórze - na kilka głosów. Te kukułki zwiększają częstotliwość gdy można przejść na drugą stronę. Oczywiście – szok – kierowcy zatrzymują się nawet na czerwonym świetle, gdy pieszy chce przejść. Pieszy z takiego kraju jak mój jest, po prostu, trudnym przechodniem - zakłopotany irlandzki kierowca kilka razy musi robić życzliwy znak ręką abym przeszła przez ulicę. 

Nasza wyprawa do Irlandii odbywa się „w lewo” – może w przeciwwadze do celtyckiego ruchu zgodnie ze wskazówkami zegara. Otóż do wszystkich hoteli mamy dojście – czy to z dworca, czy z promowych przystani w lewą stronę. W Sligo skręcamy w kolejne trzy ulice, oczywiście w lewo i mijając dostojny Klasztor Urszulanek stajemy przed naszym hotelem – zbudowanym z kamienia - Harbour House na Finisklin Road.

Jesteśmy w porcie. Cisza, ani żywej duszy. Pukamy, marzymy o kąpieli i miękkim łóżku, gdzie wyciągniemy się chociaż na chwilę po nieprzespanej nocy na lotnisku.

Ale w środku nie ma nikogo, drzwi wejściowe zamknięte. Wreszcie zaglądamy do drugiego wejścia – z tyłu domu, gdzie widać, ogromny, ponury budynek – jakieś magazyny, zniszczone, z powybijanymi oknami… Wchodzę do środka hostelu, na korytarz – Agnieszka z plecakami zostaje na zewnątrz. W środku coś buczy, nikogo nadal nie ma. Wszystkie drzwi zamknięte, można porozmawiać jedynie z pralką. Wreszcie wchodzę na piętro, wewnętrzną klatką schodową. Spotykam dziewczynę – zaczynam jej tłumaczyć po angielsku, że jesteśmy z Polski – na to śliczna, ciemnowłosa Tosia – odpowiada w znajomym języku – Jesteście z Polski? Nie mogę wypróbować swoich niesprawdzonych umiejętności w porozumiewaniu się z Irlandczykami! Oczywiście cieszymy się - Tosia dziwi się, że mamy mieszkać w dwuosobowym pokoju z łazienką, bo żaden nie będzie w najbliższym czasie wolny. Trochę nas to mrozi i przypomina o różnych przewidywanych najgorszych scenariuszach. Zostawiamy bagaże - pokój – jeśli będzie wolny – to dopiero o 13.00. Bierzemy mapę i idziemy zwiedzić Sligo. 
Sligo
Myślałam, że 18 - tysięczne miasteczko nie jest takie trudne do zwiedzenia w jeden dzień… ale oczywiście myliłam się. Doszłyśmy do Union Street i do pięknego – kamiennego Town Hall - zbudowanego w stylu renesansowym w roku 1865 przez W.A. Woods’a, prawdopodobnie znajduje się w miejscu dawnego fortu z 1646 roku. Siadamy na ławce, odpoczywamy, wszystkie przejścia dla pieszych kukają. Wszystkie światła są zazwyczaj czerwone – czyżby jeszcze nie wyregulowali sobie czasów przejścia przez jezdnię? - myślę podejrzliwie. Piesi przechodzą, nikt nie marudzi, nikt nie włącza klaksonu wszyscy uśmiechają się do siebie – pieszy jest jak święty! W City Hall znajduje się aula – gdzie bracia William i Jack Yeats urządzali przedstawienia. Przed magistratem stoi pomnik Patricka McHugh – niegdyś burmistrza i właściciela wpływowej gazety Sligo Champion i członka Parlamentu z hrabstwa Leitrim w 1892 roku. 

Irlandczycy od wieków bardziej wierzyli w ustne opowieści niż w druk. W Sligo wychodził The Sligo Journal w 1750 roku, jednak w 1832 roku – kiedy w mieście zapanowała cholera – właściciel i wydawca – Alexander Bolton – podobno umarł na tę okrutną chorobę dosłownie z dnia na dzień – położył się zdrowy do łóżka i rano już nie wstał. Synowie i jednocześnie jego spadkobiercy umarli w pięć dni po nim. Pozostała przy życiu rozpaczona i bezradna wdowa usiłowała pismo prowadzić, wynajmując wydawcę - jednak pismo zamknięto definitywnie, w 1866 roku. W 1836 roku powstała gazeta The Sligo Champion, która wydawany jest do dziś, również można zaprenumerować ją w Internecie, bezpłatnie. Wydawcą był Edward Verdon – człowiek ambitny i nerwowy, który wyzwał na pojedynek wydawcę konkurencyjnego The Sligo Chronicle – Charlesa Sedleya (wydawany do 1892 roku). Obaj spotkali się i wymienili strzały, żaden z uczestników pojedynku nie został ranny. W 1855 roku The Sligo Champion było największą, prowincjonalną gazetą w Irlandii. 


                                                   

Od 1984 roku wychodzi The Sligo Weekender prowadzony przez Thomas Crosby Holding. Jest jedyną konkurencją dla 170-letniego The Sligo Champion. Z obu gazet korzystałyśmy i chętnie zaglądamy do nich nadal, aby dowiedzieć się co słychać w naszym Sligo.

Wracamy do hotelu. Dostajemy pokój 4-osobowy, z łazienką – jesteśmy w nim tylko my dwie. W Irlandii wszystkie zamki otwierają się w drugą stronę - niż nasze, wszystkie kurki od wody odkręcają się też odwrotnie (dla nas) – no i oczywiście są oddzielne krany z zimną i gorącą wodą – wtedy jedyny sposób to nałapać w rękę jednej i pomieszać ją z drugą… W naszej łazience wisi lusterko – drewniany statek – z trzema lusterkami – okienkami.

Widok z okna mamy na szczególne rondo – namalowane na asfalcie kółko białe – z czerwoną kropą w środku… Rozpakowujemy się trochę, odpoczywamy, po prysznicu stwierdzamy, że wcale nie jesteśmy zmęczone. 

Postanawiamy iść do informacji turystycznej, tam pewnie kupimy jakieś mapy i rozejrzymy się czy mają przewodniki po okolicy. Punkt informacyjny mieści się w budynku teatru Hawkswell Theatre na Temple Street. W 1917 roku William Butler Yeats napisał sztukę „At the HawksWell”. Tajemnicza nazwa to jeden z irlandzkich cudów – zaczarowana studnia – niedaleko Sligo w okolicy Tullagham Hill. Niegdyś służący mitycznego Eremona został tam ścięty, a jego głowę wrzucono do studni – od tego momentu woda w niej zaczęła uzdrawiać chorych – a jej smak jest niespotykany i często się zmienia – podobno raz jest to słona woda, czasami nawet gorzka, a innym razem najlepsza, źródlana, świeża woda słodka.
Lady Erin - Sligo
Niestety informacja turystyczna jest nieczynna, ale blisko już do Katedry pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia, poświęconej w 1874 roku, zaprojektowanej i zbudowanej przez biskupa Laurence’a Gillolly’a w stylu renesansu romańskiego – jak mówi przewodnik, nad którym pracowałyśmy przez lipcowe i sierpniowe wieczory. Katedra ma 69 witraży, które dają niezwykłe efekty - w świetle słonecznym. Pierwszym biskupem był tutaj Święty Asicus, który czczony jest jako patron kotlarzy. Kopia jego pomnika znajduje się na pobliskiej wyspie Inishmurray. Mała drewniana rzeźba świętego Asicusa, o nieznanej dacie powstania, została znaleziona … w sklepie ze starociami, w Londynie! Teraz jest eksponowana w katedrze razem ze stroną z Księgi Armagh napisanej w 807 roku, zawierającej opowieści z życia św. Patricka i świętego Asicusa. Ołtarz i tabernakulum wykonane z mosiężnymi dodatkami – aby symbolicznie przypominały pracę kotlarzy. Osiemnaście kamiennych, masywnych kolumn dźwiga sklepienie katedry, która może pomieścić cztery tysiące ludzi. Odnosi się wrażenie, że jest jakby za wielka na to miasteczko, ale przecież w XIX wieku Sligo liczyło 60.000 mieszkańców! 
Katedra w Sligo
Gdy ogromny krzyż, z postacią Chrystusa, był montowany na wieży Kościoła przez Steve’a Scanavana i jego syna – nagle syn krzyknął do ojca, że nie widzi otworów do mocowania. Scanavan przestraszył się, że syn stracił głowę i gdy chciał go ochronić przed upadkiem - sam stracił równowagę, spadł i zabił się na dziedzińcu kościelnym. 
Na wieży znajduje się dziewięć dzwonów - największy z nich ma 1,5 tony. Wszystkie dzwony uruchamiane mają być tylko na ”trwogę”. Podobno wtedy gdy biją wszystkie, ich pogłos może zniszczyć wieżę. Są słyszane nawet w odległości dziesięciu mil od kościoła – w Grange. 

Obok następna świątynia - Katedra Kościoła Irlandzkiego – pod wezwaniem Św. Jana Baptysty. Zbudowana została na dawnym miejscu szpitala Anglo-normańskiego z 1242 roku.W 1637 roku gubernator Sligo - Sir Roger Jones of Banada miał tu kaplicę grobową, odkrytą dopiero przy przebudowie kościoła, w 1812 roku. Wcześniej, w 1730 roku do Sligo przyjechał słynny niemiecki architekt – Richard Cassels, aby zaprojektować Hazelwood House i przy okazji zajął się też kościołem Jana Baptysty. W tym kościele brała ślub najstarsza córka Williama Polexfena – Susan Mary z Johnem Butlerem Yeatsem. Z tego związku urodzi się malarz – Jack i pisarz William. Tutaj, na cmentarzu, pochowani są dziadkowie Yeatsa i ukochany stryj - George Pollexfen. 

Na tym samym przykościelnym cmentarzu pochowana jest rodzina Brama Stokera.

Tak, tego samego od Draculi z Transylwanii … Matka Brama Stokera – Charlotta Thornley, jako mała dziewczynka zapamiętała ulice Sligo z 1832 roku, kiedy panowała tu cholera. Były to sceny naprawdę mrożące krew w żyłach. Nikt nie chował zmarłych i często leżeli oni na ulicach. Była też makabryczna próba pochowania jakiegoś potężnego wojskowego, który nie mieścił się w trumnie, a w miasteczku nie było nikogo kto zrobiłby nową, większą. Postanowiono uciąć mu kości do kolana, w momencie uderzenia człowiek ów przebudził się z krzykiem, ku przerażeniu zebranych na pogrzebową mszę ludzi. Okazało się, że wcale nie był on chory na cholerę, a jedynie zapadł w śpiączkę. 

Po 55 latach Bram Stoker wykorzystał klimat opowieści matki w swojej najsłynniejszej opowieści o Draculi, a zamek w Szkocji – Slains Castle stał się bezpośrednim pierwowzorem zamku Draculi. Przed napisaniem opowieści Stoker badał przez osiem lat folklor europejski „pod kątem wampirów”. Bram Stoker ożenił się z Florence Balcombe, która była poprzednio narzeczoną innego słynnego irlandzkiego pisarza - Oskara Wilde’a.

Film „Nosferatu” (1922 rok), który nakręcił Murnau z Maxem Shreckiem w roli głównej stał się podstawą do procesu jaki wytoczyła Florence Stoker, która już była wtedy wdową (wszystkie kopie filmu miały być zniszczone). Wygrała proces, ale Hrabia Dracula w filmie został jedynie przemianowany na Hrabiego Orlocka.
Opactwo w Sligo
Na ulicach wszędzie cicho i pusto, aż dziwne, bo dzisiaj piątek. Ale może właśnie dlatego – teraz już wiemy. Irlandczycy nie przejmują się ani turystami, ani tym, że można byłoby prowadzić jakieś interesy w przedweekendowy piątek, oni po prostu odpoczywają lub idą do pubu. Koniec pracy – może wrócą do niej w poniedziałek, ale, oczywiście, nie za wcześnie rano. 

Wychodzimy na łąkę, idziemy w stronę szpitala Świętego Jana i Pałacu Biskupiego. Wszędzie pastwiska i aksamitne, jasnobeżowe krowy. Do centrum wracamy przez niezwykły most przerzucony przez rzekę Garavogue pod dość ostrym kątem. To tutaj Św. Patryk spotkał dwóch rybaków i poprosił ich o łososia. Zdziwieni rybacy wyjaśnili mu, że w zimie nie ma łososi w rzece, ale posłusznie zarzucili sieci, po chwili wyłowili dorodnego łososia, byli ogromnie zdumieni – podarowali go świętemu. Święty Patryk pobłogosławił Garavogue i dlatego łososie są w niej do dziś przez cały rok.

Mijamy bibliotekę, mieszczącą się w kaplicy z 1851 roku i obok niej muzeum Yeatsa, Galerię Niland Model Centre - z galerią malarstwa współczesnego i obrazami Jacka B. Yeatsa, który wychowywał się u dziadków w Sligo. Chłonął klimat miasteczka, malował góry, piękne sosnowe lasy i jeziora i niebo, cudowne niebo nad Sligo, o którym pisał – dla mojej przyszłej pracy Sligo było moją szkołą … i niebo nad nim.
Masonic House w Sligo
Wolnomularze zawitali do Sligo i zbudowali Dom Masonów w 1760 roku, z dzwonem na wieży – teraz opuszczony na stałe w 1951 roku. Nie widać aby ktoś się zajmował tym domem… A szkoda, jest naprawdę ciekawy.

Siadamy na kamiennych ławeczkach przy Rockwood Parade, nad rzeką – naprzeciwko nas - znany z koncertów muzycznych, głównie jazzowych – LeftBank, za naszymi plecami – nie mniej charyzmatyczny The Fiddlers Creek. 

Oaza muzyków, tak jak zawsze tutaj w Sligo – nawet irlandzkie jigi i reele mają swoje odmiany – charakterystyczne dla Sligo. Irlandczycy są pogodni, nawet przechodząc obok – po ulicy uśmiechają się, a może my mamy taki dobry nastrój, że cały świat się do nas śmieje?

Wracamy do naszego hotelu, na dzisiaj chyba dosyć. Przechodzimy obok budynku, który zajmuje organizacja zajmująca się promowaniem poezji Yeatsa. Mijamy redakcję gazety Sligo Champion. Przyglądamy jej się przez chwilę, nie do wiary – nasza internetowa gazeta nabrała realnych kształtów prawdziwego budynku – nawet ma najprawdziwszą, specjalną skrzynkę pocztową na korespondencję z czytelnikami!

Nasz hostel - kamienny, piętrowy dom kapitana Devaneya ma witraże w hallu i w głównych drzwiach.

Pokój gościnny, z którego mogą korzystać wszyscy turyści zastawiony jest eklektycznymi meblami, jakimiś stolikami z wytłaczanego metalu i w ogóle trochę to wygląda jakby kapitan wyławiał kolejne sprzęty do swojego mieszkania z oceanu. Nie złupił chyba, do licha, Niezwyciężonej Hiszpańskiej Armady? – myślę podejrzliwie. W pokoju gościnnym jest duży kominek drewniany – z wysokim lustrem i pięknymi kafelkami i oczywiście figurka irlandzkiego krasnoludka. Obrazki na ścianach – wyglądają na co najmniej dziewiętnastowieczne – przedstawiają latarnie morskie. Obrazki są wieszane za tzw. „uszy” (dwa boki obrazu) – a nie tak jak u nas wieszadełko u szczytu obrazu. 
                          Kościół Calry na XIX wiecznym kafelku
Na stole w pokoju gościnnym i w recepcji cała góra materiałów informacyjnych o Sligo i okolicach. Jest to na pewno najlepiej pod tym względem zaopatrzony hotel, przekonamy się o tym potem. 

Początkowo sądzimy, że chłopak w stylu Liama Neesona, który obsługuje turystów jest właścicielem Harbour House - Vincentem. A to Litwin - Vitus, zatrudniony tutaj. Jest w lepszej sytuacji niż Tosia – zna dość dobrze angielski. To znaczy zna go na tyle, że jestem zachwycona, jak ja go doskonale rozumiem! Myślę sobie zarozumiale, że tak dobrze rozumiem Irlandczyków. Vitus zachwala nam Sligo, opowiada o Harbour House, rysuje nam na mapie, gdzie należy pójść aby zwiedzić okolicę, ciągnie mnie na samo poddasze, aby pokazać zapierający dech widok na Benbulben i powieszoną w ramkach wiadomość o kapitanie Devaneyu … w ogóle czuje się gospodarzem, widać, że lubi opowiadać turystom o historii jakby tu mieszkał od zawsze, a może jest mile połechtany tym, że my go jako gospodarza uważamy.

Wieczorem idziemy jeszcze na spacer do dawnego portu. Wygląda to niesamowicie – ogromna zatoka, która jest teraz pusta, żadnego statku, nawet niewielkiego. Port już dzisiaj praktycznie nie istnieje, mimo, że w ubiegłym roku przyjął 22 statki. Palmę pierwszeństwa odbierają mu porty Derry (Irlandia Północna) i Galway.

Sligo było ogromnym portem. Pierwsze wzmianki o nim pojawiły się w XV wieku. W 1560 roku Sir Henry Sidney opisuje Sligo jako miasto będące pod dobrym niebem, właśnie z powodu dobrego położenia portu. W XVII wieku handel w porcie rozwija się. Produkty, które eksportuje się z Irlandii to mięso, tłuszcz, wełna, skóry i łososie. Do Anglii wywożono masło, które było bardzo poszukiwanym irlandzkim produktem. Statki przypływały z ładunkami cukru, wina, tytoniu, soli. Port rozwijał rynek, a rynek irlandzki ciągle napędzał rozwój portu. Do portu zawijały statki szkockie, francuskie, angielskie, rosyjskie i norweskie. W 1830 roku 540 (!) statków wpłynęło do Sligo. W porcie było naprawdę tłoczno. W 1833 roku powstała firma Pollexfen i Middleton. Założyli ją William Middleton i jego szwagier William Polexfen (już go znamy- to dziadek Williama B. Yeatsa). Mieli 12 statków, również na morzu Czarnym i Śródziemnym. 
Stacja kolejowa w Sligo       Deklaracja Republiki Irlandzkiej na dworcu kolejowym
Nagle wszystko się załamało - w 1832 roku wybuchła epidemia cholery, a w 1845-51 – nastały lata głodu i emigracja – na niespotykaną skalę. Co prawda emigracja dała możliwość bogacenia się właścicieli statków, ale cóż to były za statki! Często wypływały z portu i kończyły swój żywot z powodu wadliwych konstrukcji i przeładowania.

Statki–trumny – często przeludnione, z makabrycznym stanem higienicznym. Emigranci – chorzy na tyfus najczęściej nie dopływali do Ameryki i Kanady zatrzymywani u wybrzeży upragnionego celu wędrówki przez lekarzy i przymusowe kwarantanny. Te kwarantanny powodowały oczywiście zarażanie jeszcze większej liczby osób.
Najlepsze dni portu minęły szybciej niż pamięć o nich. 

Spacerujemy portową promenadą z Benbulbenem górującym nad miastem, z daleka widać światła centrum Sligo. 
Zupełnie pusto. Nikt nie chodzi tu na spacery? Z daleka jakiś roześmiany pan pomachał nam 5-litrową butlą z wodą mineralną. Portowe magazyny zapełnione różnorakim towarem, zupełnie nie pilnowane – dla nas to zupełny szok!
Wracamy do hostelu, pokoje i korytarze są tu przytulne. Wszędzie można usiąść na jakiejś miękkiej kanapie lub fotelu i gapić się na powieszone na ścianie teksty historyczne o Sligo.

  6. Sligo - 9 września 2006 roku

Rano przenosimy się do dwuosobowego pokoju z łazienką – śliczne, przytulne gniazdko. Zaraz potem jemy fantastyczne śniadanie, które przyniosłyśmy sobie z pobliskiego malutkiego sklepu – chleb na sodzie – pyszny i masło słone (Agnieszka i ja uwielbiamy) – Connacht Gold (W Polsce widziałam już Kerry Gold), fantastycznie domowy dżem malinowy i żółty ser – trochę kruszący się, ale za to smaczny niebywale. Co do dżemu – ich dżemy są domowe w sklepie – u nas sklepowe dżemy są obrzydliwe, a domowe dżemy są robione tylko w domu. Liczy się ta gospodyni, która sama je przygotowuje. Dlaczego nie umiemy zrobić porządnego dżemu – skoro mamy takie dzielne gospodynie – zatrudnić je przecież trzeba w tych dżemowych fabryczkach i tyle. Pozazdrość Irlandczykom, naprawdę nie jesteśmy z Agnieszką wielbicielkami dżemów – a te były pyszne. Przy okazji przeliczyłyśmy, że na jedzeniu będziemy mogły trochę zaoszczędzić na książki i inne atrakcje.
Memory Harbour - Jack B. Yeats
Po śniadaniu jedziemy autobusem na Rosses Point. Pogoda piękna, niebo słoneczne z lekkimi chmurkami – gdzie te irlandzkie deszcze? Droga do Rosses Point – to same rezydencje – domki są niewielkie, ale widać w nich dobrobyt. Rosses Point – to spokojna wioska położona 5 mil od Sligo, z ogromnymi kilkukilometrowymi plażami, oraz jednym z najstarszych klubów golfowych założonym w 1894 roku przez Henry’ego Middletona.
Waiting on the Shore na Rosses Point
Na trawiastym wzniesieniu stoi figura kobiety wyciągającej zrozpaczone ręce ku oceanowi - Waiting on The Shore – upamiętniająca wszystkich, którzy nie wrócili z morza.

Wybrzeże nigdy nie było tu bezpieczne – dwie latarnie strzegą wejścia do zatoki – Latarnia na Oyster Island, gdzie mieszkają tylko cztery rodziny, dość liczne co prawda, a wszyscy ojcowie rodzin – mają zapisany w papierach zawód latarnika. 

Druga latarnia to Black Rock – z dwudziestopięciometrową wieżą. Pierwotnie umieszczona była tu charakterystyczna figura Metalowego Człowieka (Metal Man) – ale w 1814 roku wieża została porwana przez wodę. Była zbudowana przez Anglików – o czym z satysfakcją opowiedział nam, następnego dnia, przemiły antykwariusz z księgarni w Sligo na The Mall. 

Następna latarnia powstała w 1816 roku - pod okiem miejscowego budowniczego z pobliskiej Balliny – Thomasa Hamma. A Metalowy Człowiek znalazł swoje miejsce – w 1821 roku - na Perch Rock. Stoi - ubrany w XIX - wieczny mundur Marynarki wojennej, z uniesioną prawą dłonią wskazując nią bezpieczną dla statków głębokość. Waży 7 ton i ma 12 stóp wysokości. Miałam przejść na system metryczny, przecież! Światła nawigacyjne zamontowane na podstawie metalowego mężczyzny razem z latarniami dają możliwość bezpiecznego wpłynięcia do portu.

Sligowianie lubią tę dziwaczną figurę, uważają, że jest jedynym człowiekiem, który nigdy nie skłamał. Chociaż sami tez nie powinni kłamać … według irlandzkiego przysłowia „Mów prawdę – będziesz miał mniej do zapamiętania”. Niektórzy przysięgają, że widzieli go na brzegu z bochenkiem chleba, a jeden z marynarzy widział go niedbale ubranego, w pośpiechu zapinającego guziki żakietu.
Latarnia Black Rock
Jedna z historii na pewno jest prawdziwa – gdy w 1920 roku wchodził do portu grecki parowiec, pilot prowadził statek na jego miejsce w porcie – nagle zatoka dosłownie utonęła w gęstej mgle. Niebawem załoga zauważyła olbrzyma majaczącego we mgle. Wszyscy, którzy byli na pokładzie schowali się w kajutach, a pilot długo przekonywał greckiego kapitana, że to tylko ogromna figura poczciwego Metalowego Człowieka…

Kiedy Metal Man był jeszcze młody - Zatoka Sligo była pełna statków, życie portowe tętniło swoim rytmem … później widział statki wiozące ludzi na poniewierkę – w czasach głodu. Dla wielu był ostatnim, irlandzkim wspomnieniem – pewnie dla dziadka - Johna Kennedy’ego, który stąd właśnie wypływał do Ameryki… Są podobno cztery takie figury – jedna – w okolicach Tramore – na wschodnim wybrzeżu Irlandii, gdzieś w Australii i w Nowej Zelandii… Nic dziwnego. Przecież tam wszędzie są Irlandczycy…

Blisko słynnego miejsca przemytników, a głównie przemycano tu tytoń - ciekawe co teraz jest w modzie? – znajduje się Miejsce Umarłego (Dead Man’s Point). Załoga jednego ze statków wypływała a portu w takim pośpiechu przed przypływem, że pochowała w tym miejscu członka załogi, a ponieważ przyjaciele nie byli pewni jego śmierci – pochowali go z bochenkiem chleba… Iście irlandzkie poczucie humoru…
Metal Man - Obraz Jacka B. Yeatsa
Spacerujemy, patrząc na ogromne plaże, na fantastycznie widoczny stąd Benbulben i czekając na powrotny autobus…

Kierowcy w autobusach – mili i pomocni. Szczytem uprzejmości było podwiezienie przez naszego kierowcę zagubionej Hiszpanki na środek deptaku w Sligo. Nikt nawet nie mruknął, nikt z przechodniów nie wrzeszczał i nie słychać było żadnego klaksonu. Po prostu – ktoś potrzebował, to autobus wjechał i tyle. Turystce trzeba pomóc, wszyscy to rozumieją.

Po południu – robimy sobie przyjemność i włóczymy się – zwiedzając głównie księgarnie – jest ich tu siedem i cudowny antykwariat.

Keoghans – niesamowita księgarnia, w której Agnieszce udaje się kupić - u nas jeszcze nie tłumaczoną – cudowną książkę – o miłości i podróży w czasie – mijaniu się i spotykaniu – o mężczyźnie i dziewczynce, a potem o nich też - tylko w różnych przesuwających się naprzód i w tył latach, czyli o młodzieńcu i starszej kobiecie. Okraszona nader emocjonalnymi, opisami romantycznych wzruszeń. (Audrey Niffenegger – „The time traveler’s wife”)

Ja patrzę chciwie na pięknie wydaną książkę o Aranach, przecież tam jedziemy – cała historia, niesamowite zdjęcia – to jeszcze skrawek prawdziwej Irlandii. Anieszka przekonuje mnie, że zamówimy ją przez internet, po co dźwigać coraz cięższe plecaki.

Wieczorem czytamy … myślę o szpilkach, które mają chronić przed elfami… bo Irlandczycy boją się elfów… Przypominam sobie, że moja babcia nosiła zawsze wpiętą pod klapę żakietu – szpilkę. Co to mogło znaczyć? Czyżbym była Celtem? – myślę sennie.

 7. Sligo - 10 września 2006 roku

Po śniadaniu idziemy na dworzec autobusowy – wszystkie drogi za miasto najłatwiej zacząć właśnie stąd. Przechodzimy obok Kapitanatu Portu i bulwarami dochodzimy do Pomnika upamiętniającego Wielki Głód w Irlandii. Rzeźba powstała w 1997 roku na nabrzeżu dawnego portu. W całym kraju takich pomników jest setki. Głód w Irlandii zaczął się w 1846 roku, kiedy zaraza ziemniaczana zniszczyła zbiory, żniwa udały się, ale Anglicy zaczęli wykupywać zboże i bydło. Najbiedniejsi nie mieli co jeść. W całej Irlandii ludzie umierali tysiącami, nie grzebano zmarłych, często palono całe osiedla, gdy nikt z mieszkańców nie pozostał przy życiu. 
Pomnik upamiętniający Wielki Głód
Nieszczęśliwa, pomnikowa rodzina z listem do Ameryki na tablicy i z fragmentem wiersza Yeatsa o ulotnym ludzkim życiu, o śmierci, która tak blisko nas…

Jak zmienił się świat, jak zmieniła się Irlandia – za pomnikiem stoją eleganckie samochody, głodu dawno nie ma – celtycki tygrys zdobywa świat, a raczej świat przywozi tu pieniądze.

Mijamy Teatr – Factory Theatre i Dom Polexfenów, z wieżyczką, skąd dziadek Yeatsa oglądał swoje statki w porcie. Na dworcu autobusowym czekamy na autobus do Drumcliff izaglądamy na pobliską stację kolejową, która została otwarta w 1862 roku. Jest maleńka – ma dwa perony, ale za to budynek stacji wewnątrz zadbany i zupełnie zaskakujący, z XIX - wiecznym kominkiem i marmurowymi ścianami – oczywiście Poblacht na hÉireann – jak wszędzie – Proklamacja Wolnej Republiki Irlandii - podczas powstania Wielkanocnego w 1916 roku – wywieszona uroczyście na marmurowych tablicach.

Drumcliff jest maleńką miejscowością oddaloną od Sligo o 8 kilometrów.
Grób Williama B.Yeatsa w Drumcliff
Święty Kolumba założył tu klasztor w 574 roku, przez wiele lat był on ważnym miejscem dla uczonych z kraju i zagranicy. Został zniszczony przez Wikingów w 807 roku, a resztki wieży, która po nim została zniszczył piorun w 1396 roku. Kamienie z wieży zostały zużyte do budowy mostu Drumcliff Bridge. Wspaniały, czterometrowy celtycki Krzyż z XI wieku, wyrzeźbiony z piaskowca przedstawia sceny ze Starego Testamentu – Adam i Ewa z wężem, Kain zabija Abla … 

Również nasz dobry znajomy William Frederic Wakeman uwiecznił go w swoich rysunkach. Ten pan pojawił się już wcześniej – przy okazji rysunków ze Strandhill, warto powiedzieć o nim coś więcej - William Frederic Wakeman (1822-1900) – dublińczyk, doskonały rysownik. Jego prace są przechowywane w Irlandzkiej Akademii Królewskiej. Napisał „Podręcznik i przewodnik po irlandzkich starożytnościach” i zostawił po sobie kolekcję rysunków dotyczących archeologii, pisał też artykuły o „Starym Dublinie”. Najbardziej jednak interesowały go tereny zachodnie Irlandii i stamtąd właśnie zostawił bogatą kolekcję swoich prac.
Kościół Św. Kolumby w Drumcliff
Tu, w Drumcliff, gdzie widok na Benbulben wspaniały, na przykościelnym cmentarzu pochowany jest William Butler Yeats – umarł we Francji w 1939 roku, ale jego prochy zostały zgodnie z jego życzeniem sprowadzone do Drumcliff. 

Napisał wiersz, który przeznaczył na swój nagrobek: 
Cast a cold eye Tak samo chłodno spójrz
On life, on death. Na życie i na śmierć.
Horseman, pass by! Nie wstrzymuj konia, jedź!




Może tylko nie przewidział, że kobieta, którą kochał przez całe życie – aktorka Maud Gone (można porównać ją z naszą Heleną Modrzejewską) – nigdy go nie poślubi i zawsze będzie musiał pisać melancholijne wiersze włócząc się gdzieś pod Benbulbenem, w przepisowej poetyckiej mgle, zbierać opowieści o dzielnych, irlandzkich wojownikach aby je przetwarzać w najpiękniejsze teksty o Hanrahanie Rudym … Jak ten o kochankach, którzy mają w sercach lusterka… i są tacy chłodni, że tylko odbijają się w sobie… Wszyscy kochamy tak samo nostalgicznie i rozpaczliwie – nieważne czy jesteśmy Celtami z dawnych wieków czy uznanym noblistą …

Drumcliff - rys. Wakeman
Stoimy na cichym cmentarzyku, przy grobie Yeatsa … Nagle patrzę na zegarek - jesteśmy prawie spóźnione na autobus, fizycznie odczuwamy rozkaz „nie wstrzymuj konia – jedź”. 

Od Drumcliff już jesteśmy niedaleko Grange – a tam na plaży Streedagh można jeszcze obejrzeć pozostałości po jednym ze statków niezwyciężonej hiszpańskiej armady – świadku przełamania hiszpańskiej hegemonii na morzach. W maju 1588 roku Wielka Armada Hiszpańska pod dowództwem Mediny-Sidonii skierowała się do wybrzeży Anglii. Było to 130 okrętów, w tym co najmniej 90 bojowych, uzbrojonych w 2400 dział, z 30 000 ludzi na pokładach.

Anglicy mieli 197 okrętów, o mniejszym tonażu, lecz dużo zwinniejszych. Mieli też uzbrojenie w większą siłę ognia niż hiszpańska. W działaniach bojowych szybko okazało się, że Armada nie jest już niezwyciężona. Szyk bojowy – tzw. półksiężyc spowodował, że okręty hiszpańskie nie mogły wykonywać dowolnych manewrów, za to Anglicy działając systemem korsarskim szybko rozbili kilka statków Armady. Ostateczna bitwa koło Gravelines rozbiła okręty hiszpańskie. Następnym błędem było żeglowanie na północ, aby uciec przed Anglikami - okręty hiszpańskie nie były przystosowane do zimnych, północnych mórz. Niebywałej siły sztorm dopełnił klęski Hiszpanów. Osłabiona i pokonana Armada popłynęła na północ ku wybrzeżom szkockim i irlandzkim . Wiele okrętów rozbiło się na Hebrydach, załogi wymordowano, lub wzięto do niewoli. Nie lepiej obeszli się z okrętami Armady Irlandczycy. Wyczerpani ludzie byli mordowani, a dobytek rozkradany. Tu nasi mili Irlandczycy nie popisali się zbytnią gościnnością. 24 okręty zostały zniszczone na klifach Irlandii, wiele dopłynęło do brzegu, ale słuch o nich zaginął. 
Wielka Armada
Trzy okręty płynęły aby schronić się w zatoce Donegal, jednak sztorm zmylił im kurs - dopłynęły do plaży Streedagh koło Sligo – La Lavia, La Juliana i Santa Maria de Vision – 1800 ludzi zginęło. Ci, którzy cudem przeżyli sztorm i napaści miejscowej ludności, jak Kapitan Francisco de Cuellar wspominali zasłaną ludzkimi ciałami plażę, nad którą krążyły tylko kruki. W swoim dzienniku opisywał dramatyczne sceny, gdy w ogromnych falach sztormowych ginęli ludzie z rozbitych statków, krzyki tonących, wzywających Boga przebijały przez wiatr a na brzegu czekali na nich okrutni tubylcy, którzy zabijali bezbronnych rozbitków i zabierali im ubrania. Kapitan Cuellar uratował się tylko dzięki temu, że był tak mocno poraniony, że jego pokrwawione ubranie nie przedstawiało żadnej wartości, tubylcy zostawili go w spokoju. A miał ze sobą sporo złota, które przydało się w dalszej wędrówce. Wraki statków odkryto dopiero w 1985 roku. 

Po powrocie do Sligo idziemy zwiedzić północno-wschodnią część miasta. Przechodzimy przez jeden z czterech mostów – Hughes Bridge i mijamy ogromne torfowiska. Zaglądamy do niewielkiego, współczesnego kościoła katolickiego na drodze w kierunku Calry. Ołtarz to ogromna tafla szkła, za nią niewiarygodnie długi grzbiet Benbulbena. Po prostu można przyklęknąć – niesamowity widok. Celtowie modlili się do drzew - tym razem do góry… Droga Krzyżowa to małe okienka witrażowe. Wszystko jest tutaj połączone ze szkłem i światłem. W końcu Święty Patryk nauczał, że Chrystus jest Słońcem.

Wychodzimy na zewnątrz oszołomione – tuż obok jest cmentarz „głodowy”. Niekorzystne dla Irlandczyków prawa wprowadzane w życie przez Anglię spowodowały zubożenie wszystkich warstw społecznych. W 1846 roku głód w Irlandii spowodował śmierć półtora milionów ludzi.
Pomnik upamietniający Wielki Głód
Tu – na cmentarzu „głodowym” pochowanych jest 30.000 ludzi. Doczołgiwali się się tutaj i pozostawali pod jedynym drzewem, które po latach symbolizuje rzeźba – „samotny krzew głogu”. To była połowa ludności miasteczka, reszta pozostała przy życiu szykowała się do emigracji lub już wyjechała. „Sligo już nie istnieje” – napisał dziennikarz z dublińskiej gazety. Cmentarz jest niesamowity, olbrzymie liście bluszczu oplatają kamienne mury, a na cmentarzu dziecięcym - figurka dziecka – ułożona z kamieni. Zaczyna padać drobny deszcz. Wilgoć roślin łączy się z nami. Ta jedność jest wzruszająca. My i oni – kiedyś. My – później – jak oni. Oni i my – teraz . Jest pusto i cicho.

Najbardziej zastanowił mnie fakt, że w latach czterdziestych XIX wieku ludność Irlandii wynosiła 9 milionów, była to liczba zbliżona do Polaków zamieszkujących tereny obecnej Polski. Ludność Polski jest obecnie 9 razy większa niż ludności Irlandii. Teraz w Irlandii mieszka zaledwie 4 miliony ludzi.

Ruszamy w kierunku monumentalnego Szpitala Świętego Kolumby. Pod jego fundamentami zakopana jest butelka z rachunkami fundatorów, monetami i z naszymi znajomymi gazetami The Sligo Champion i The Sligo Journal. 

Hotel Clarion
Budynek został zbudowany w 1855 – wtedy szpital psychiatryczny zaczął przyjmować pacjentów z trzech hrabstw. Był przeznaczonay na 492 łóżka. Metody lekarzy były zupełnie nowatorskie – burzono ściany, aby chorzy nie czuli się samotni … jednak miejsce to nie jest przybytkiem radości. Dlatego dość dziwne i najpewniej związane z amerykańską konsumpcją jest stworzenie tutaj eksluzywnego hotelu. Hotel Clarion zaczął przyjmować klientów w ubiegłym roku.

Idziemy jeszcze kawałek w kierunku drogi do Leszczynowego Lasu, ale już zawracamy. Idziemy do pubu LeftBank, gdzie tylko w niedzielę gra orkiestra jazzowa. Jest naprawdę przyjemnie – rodzinki, babcia z wnuczkiem – na estradzie panowie z saksofonem, gitarą basową i trąbką – piękna, jasnowłosa, zmysłowa solistka śpiewa jazzowe standardy – przy barze rozanielony klient zapatrzony w nią – powoli wylewa piwo z przechylonej szklanki.

Po jazzowej uczcie wracamy do hotelu. Dni tutaj są za krótkie. Tak mało zobaczyłyśmy. Ale dzisiaj czujemy już zmęczenie.

 8. Sligo - 11 września 2006 roku

Wreszcie dotarłyśmy do centrum informacyjnego – jest poniedziałek. Do samego budynku Hawskwell Theatre, gdzie jest informacja turystyczna, prowadzi nas nieduży, żółty kundelek - uśmiecha się pyszczkiem i ogonkiem. Pani z informacji chce go wyprosić, ale kuli się cały, wreszcie wychodzi. Jesteśmy zawstydzone. To był nasz dobry duch. Nie umiałyśmy go obronić!

Znów idziemy na dworzec autobusowy - chcemy pożegnać się z plażą w Strandhill – tak to jest – to choroba – zamiast zwiedzać nowe rzeczy – już przywiązujemy się do znanych. Wcześniej, czekając na autobus, idziemy na wystawę Jacka B.Yeatsa – The Solitary Man – niestety mimo wcześniejszych ogłoszeń w Internecie – wystawy już nie ma. Pani usiłuje mi pokazać katalog, a ja ufna w to, że da mi go na zawsze uśmiecham się potulnie – niestety – nie można – ostatni egzemplarz.

Kafejka nazwana imieniem ukochanej Yeatsa Maud Gone – jakaś nie bardzo przyjemna, w stylu naszych lat siedemdziesiątych. 

Plaża w Strandhill cudowna – po przypływie – woda jeszcze zostaje na butach gdy postoi się dłużej. Ogromne przestrzenie, Benbulben w chmurach, już nam się nie pokaże – jak czasami Giewont… 

Muszelki i kamyki – znajduję piękny kamyk ze strzelcem który wysyła strzałę do człowieka odwracającego się od niej. Człowiek i strzała. 

Shoot the Crows

Wieczorem w Sligo odwiedzamy „światowy pub” – Shoot the Crows – tak przynajmniej jest opisywany w przewodnikach. Kobiety rozmawiają przy sąsiednim stoliku, przy barze rozbawione towarzystwo. My siedzimy – jak typowi turyści – przy oknie wystawowym – na ostatnich miejscach. Idę do barmana po piwo i herbatę. Pan – ubrany w zieloną koszulkę patrzy na mnie długo gdy zamawiam herbatę. Nalewa Guinnessa – trzeba poczekać chwilę, aż dopełni szklankę, podobno wtedy opowiada się cały swój życiorys… ale zielonokoszulkowy pan idzie za jakąś zasłonkę – wyjmuje piękny kubek w kwiaty i robi herbatę – obok młody człowiek z tatuażami ze spokojem sączy swoje piwo. Myślę o tym, że chyba bałabym się go w Polsce, a może nie mam tu wyobraźni… Barman podsuwa mi kubek, cukier i mleko, to tutaj oczywiste… kiwa przy tym głową w takt muzyki z głośnika – a muzyka rzeczywiście niesamowita, jakieś bluesy, dobry gitarowy rock. Pan dopełnia moje piwo, rysuje koniczynkę i już gotowe.

Mariola w Shoot the Crows

Wracam do Agnieszki. Obok nas przy drugim stoliku siedzą dwie panie w mocno średnim wieku i widać, że opowiadają sobie wszystkie domowe kłopoty. Przy barze dwie śliczne Hiszpanki – co chwila wybuchają śmiechem gdy barman do nich podchodzi rzucając jakieś dowcipne zdanie. Na ulicy słychać jakieś prace budowlane – co najmniej zrywanie nawierzchni – ale to nie przeszkadza po jednym piwie. Gdy już mamy wychodzić podchodzi do na jakiś mężczyzna – pyta skąd jesteśmy – okazuje się, że jest Litwinem, z okolic Kowna. Siada przy naszym stoliku, nie wypada wychodzić, zwłaszcza, że prosi o to aby mówić do niego po polsku, bo on zna … próbuję mówić do niego po rosyjsku, ale nie budzę jego entuzjazmu. Za chwilę podchodzi do nas jego zaniepokojony kolega – Irlandczyk – Jerry – dla nas to okazja do pozrozmawiania o Sligo, zwłaszcza, że Jerry jest naprawdę sympatyczny i jego dziadkowie mieszkali tutaj, więc jest prawdziwym tubylcem. Dziadek – właściciel jakiejś pokaźnej liczby owiec - mieszka do dziś w okolicach fantastycznych wodospadów Glencar. Valentin z Litwy pracuje w Irlandii od trzech lat, do kraju nie chce wrócić, mówi słabo po angielsku – aż to dziwne po takim długim okresie czasu. Martwi się, że Irlandki nie chcą wychodzić za mąż za Litwinów. Pytam ciekawie czy za Polaków chcą. Okazuje się, że tak. Brawo Panowie! Jerry pracował w Anglii, ale wrócił w rodzinne strony, bo nareszcie jest tutaj praca. Jest tolerancyjny i nie przeszkadza mu ogromna rzesza Polaków, którzy tu pracują. Mówi, że rozumie to, ponieważ Irlandczycy od zawsze byli emigrantami. Chwała Bogu … my chyba tacy tolerancyjni nie jesteśmy. Pub jest coraz bardziej głośny – najciekawszy jest dźwięk butelek rozbijających się chyba … o ścianę. Może barman wrzuca je do skrzynki z dużej odległości? Trudno powiedzieć… to charakterystyczny dźwięk. Jerry – podstępnie pociągnięty za język opowiada nam o powstaniu nazwy pubu – Shoot the Crows. Dawno temu przychodzili do pubu mężczyźni – siadający oczywiście przy barze i kobiety, które śpiewały, zawodząc – przy drzwiach – to tutaj pewnie gdzie siedzimy. Mężczyźni nie wytrzymywali tej muzyki i żartowali (lub nie), że trzeba je zastrzelić, bo przypominają kruki i na dodatek śpiewają. Potem my staramy się opowiedzieć Jerremu cokolwiek o naszej narodowej epopei – „Litwo, Ojczyzno Ty moja”… razem z Valentinem prześcigamy się w tłumaczeniu. Teraz rozumiem, co mówiła moja pani od angielskiego, że najważniejsze aby gardło było rozluźnione – trzeba wypić piwo i wtedy bez problemu się mówi… po angielsku - rzeczywiście – wtedy nie ma granic, ani trudnych tematów. Tylko Litwin – Valentin jest chmurny… Muzycy, którzy grają tu muzykę tradycyjną przychodzą w środy, niestety, dzisiaj dopiero poniedziałek…. Żegnamy się z naszymi towarzyszami – proszą nas o zostanie, albo są kurtuazyjnie grzeczni – obiecujemy więc, że kiedyś tu na pewno przyjedziemy – Sligo jest naprawdę piękne i ciekawe… pewnego dnia – we środę, aby już nie opuścić koncertu na żywo, umawiamy się w Shoot The Crows… Odwracamy się machają nam na pożegnanie… Pada deszcz – nie do wiary … spacer na Finisklin jest życiodajny … i mokry…

Gdy wieczorem gasimy światło i leżymy już w łóżkach, Agnieszka zasypia, a ja nie mogę uwierzyć, że jutro już jedziemy dalej – na Arany, że minęły już cztery dni, a ja przecież niczego nie widziałam – ani zamku Parks Castle, ani Skały skrzypka z Dooney, ani Leszczynowego Lasu, z pięknymi rzeźbami … nie tak nie można myśleć … nie da się zwiedzić wszystkiego… Szybko wspominam Petera McCarthy’ego i usiłuję obrócić mój nagły zachwyt Irlandią – w żart. Ale nade mną chmury płyną w dachowym świetliku – gwiazdy tylko czasami błyszczą prześwitując przez chmurne mgły. Zaciskam powieki nabrzmiałe od łez. Nie chcę wyjeżdżać ze Sligo … Ale to dopiero jutro…

Powrót do strony głównej